To państwo jest w rozpadzie, to pewne. Ale niektóre jego mechanizmy jeszcze funkcjonują… Oto jeden z nich (poznany niestety na własnej skórze):
Aby dostać się do budynku, gdzie obywają się lekcje francuskiego, trzeba mieć przepustkę ze zdjęciem (zrobionym przypadkowo przez przypadkowego urzędnika, bez uprzedzenia oraz oświetlenia, na którym to zdjęciu wiadomo ostatecznie jak się wygląda). Jeśli się takowej przepustki nie posiada lub się jej zapomni (brrr), rejestruje się w recepcji (imię, nazwisko, nr dowodu, data urodzenia, pozostałe wymiary i namiary, podpisy itp.) a następnie otrzymuje się naklejkę z „V” (visiteur). Naklejka ta zmienia kolor następnego dnia, więc ma użytek jednorazowy.
Otóż w swoim emigracyjnym gapiostwie nie zabrałam kilka razy przepustki, rejestrując się w recepcji wg schematu opisanego powyżej. Pewnego wieczora jednak, zwykle niezwykle uprzemy pan recepcjonista powiedział zasadniczo „Proszę zaczekać”. Nie wydał mi „V” za to wykonał z 5 telefonów. Stoję niespokojnie, spóźniając się na francuski. W końcu „V” otrzymałam, podziękowałam i biegnę na schody ewakuacyjne, aby dogonić stracony czas. A portier za mną – „Stop! Proszę tu czekać!”. Struchlałam… Po kolejnych kilku minutach (odraczających moją punktualność na lekcji) pojawiła się pani w czarnym garniturze. Ze srogą miną spojrzała na mnie i stwierdziła, że ona już właściwie nie pracuje o tej porze i że PRZEZ MNIE właśnie spóźnia się na pociąg, który właśnie odjeżdża… I że to już TRZECI RAZ (liczyli???) kiedy nie mam przepustki i że następnym razem mnie nie wpuszczą już wcale. Po czym odwróciła się na pięcie i poszła na swój dawno już odjechany (że tak powiem) pociąg, zanim wybąkałam zdumione „pardon…”
No, pomyślałam, to dopiero państwo prawa! Gratuluję. Nie ma to jak stare dobre metody wychowawcze: upokorzenie+ lekki szantaż+ pseudozasady (liczę do trzech!).
Za tydzień oczywiście miałam przepustkę, co niezbyt życzliwie, a raczej złośliwie zauważył portier, wznosząc na żydowską modłę ręce do nieba i krzycząc wniebogłosy na mój widok: „A jednak można! Co się stało! To niesamowite! itp.”. Powtarzał ten gest widząc mnie za każdym razem przez jeszcze około 2 tygodnie, aż odparowałam mu po francusku coś niezwykle asertywnego (czego treść pominę w tym tekście).
środa, 18 stycznia 2012
poniedziałek, 12 grudnia 2011
środa, 7 grudnia 2011
"Siakinc"
Mały chłopczyk nazywa go „Siakinc”. Widzi go w lampach ulicznych, w odbiciu szyby, w oczach swojego taty. W nocy prowadzi mnie do okna i chce pokazywać – „Tam, tam jest! O tutaj!”.
„Co to jest?” pyta, gdy nie jest pewien. „O, to Siakinc” odpowiada sam sobie, największy mędrzec i znawca. Potem rano bierze ołówek z Ikei, ten malutki, co to wszyscy je zabierają „przez przypadek” i rysuje na drzwiach, stołach, lustrze i na ręku – „O, Siakinc! Duzi!” rozpowiada wszem i wobec. Czasem rysuje kulisto – ślimakowo – spiralowaty kształt, który nazywa „kościółek”. Obok , obowiązkowo –„Siakinc”.
Pierwszy raz pokazała go mu ciocia pewnego wieczora. Od tej pory jest „Ciocią Siakinca”.
Tak właśnie wygląda pierwotny, autentyczny i pełny zachwyt księżycem (Siakincem). Nie traćmy go z oczu!
24 listopada, Święto Dziękczynienia.
„Co to jest?” pyta, gdy nie jest pewien. „O, to Siakinc” odpowiada sam sobie, największy mędrzec i znawca. Potem rano bierze ołówek z Ikei, ten malutki, co to wszyscy je zabierają „przez przypadek” i rysuje na drzwiach, stołach, lustrze i na ręku – „O, Siakinc! Duzi!” rozpowiada wszem i wobec. Czasem rysuje kulisto – ślimakowo – spiralowaty kształt, który nazywa „kościółek”. Obok , obowiązkowo –„Siakinc”.
Pierwszy raz pokazała go mu ciocia pewnego wieczora. Od tej pory jest „Ciocią Siakinca”.
Tak właśnie wygląda pierwotny, autentyczny i pełny zachwyt księżycem (Siakincem). Nie traćmy go z oczu!
24 listopada, Święto Dziękczynienia.
poniedziałek, 7 listopada 2011
Prze –języczaj! (czyli ohydztwa kuchenne emigracyjnej housewife)
Ostatnio znajoma porosiła mnie o przepis na tartę z owocami i parę innych udających mi się, o dziwo, przepisów na słodycze. Jak wiadomo, będąc na emigracji z małym dzieckiem i NIEPRACUJĄC (brrrrrrrr) nadajesz się tylko do sprzątania, gotowania, zajmowania się dzieckiem i przesyłania stroskanym koleżankom przepisów na ciasta (brrrrrrrrrr).
Wszystko było by dobrze, ale w pośpiechu odpisywania jej (między nauką francuskich słówek, sprzątaniem, gotowaniem, przewijaniem dziecka, i oczywiście nieustającym byciem feministką w międzyczasie) popełniłam mnóstwo literówek. Przecież normalnie pisać już się NIE DA a tym stanie emigracyjnej housewife. Tytuł brzmiał więc „Tarka z owcami”, czego nawet świadomy wszystkiego WORD nie wyłapał jako błąd. Dalej posypały się byki z iście zakręconymi rogami: „trąt beżowy” jako tort bezowy, „serek maskaropne” (to okropne!) i ciastka owsikowe.
Czy ktoś chce przepis na Lody STRUPakowe z BITA SLEDZIONA i BEKALIAMI? Się polecam.
Wszystko było by dobrze, ale w pośpiechu odpisywania jej (między nauką francuskich słówek, sprzątaniem, gotowaniem, przewijaniem dziecka, i oczywiście nieustającym byciem feministką w międzyczasie) popełniłam mnóstwo literówek. Przecież normalnie pisać już się NIE DA a tym stanie emigracyjnej housewife. Tytuł brzmiał więc „Tarka z owcami”, czego nawet świadomy wszystkiego WORD nie wyłapał jako błąd. Dalej posypały się byki z iście zakręconymi rogami: „trąt beżowy” jako tort bezowy, „serek maskaropne” (to okropne!) i ciastka owsikowe.
Czy ktoś chce przepis na Lody STRUPakowe z BITA SLEDZIONA i BEKALIAMI? Się polecam.
środa, 2 listopada 2011
"Popacz!"
„Popacz!” – mówi ciągle mój niespełna dwuletni syn. Ja patrzę... a o tylko owoc na krzaku. Jaki to krzak? sama nie wiem…
„Pomós!” – prosi mój synek. Ja pomagam, ale jakoś tak mechanicznie, od niechcenia…
Mój chłopczyk troskliwie zbiera kamyki – jak mnie to opóźnia, jak spowalnia moje pochody, moje ucieczki, moje bieganiny, wyścigi ze światem… Teraz bawi się piaskiem – no nie, znowu trzeba będzie myć ręce…
Dziękuję Ci Synku za lekcję twórczości, pokory, powolności, zachwytu naturą, radości z tego, co otacza. Uczyć mi się od Ciebie!
Pełna synchronizacja. Zatrzymanie się. Zbieranie kamieni, przesypywanie piasku. Ja się tego uczę od mistrzów, on to ma, naturalnie. Oby nie zaginęło w edukacji, bieganinie, pochodach, ucieczkach, wyścigach…
„Popacz!” – patrzę. I nareszcie WIDZĘ.
2 listopada, 19 rocznica śmierci mojego Taty
„Pomós!” – prosi mój synek. Ja pomagam, ale jakoś tak mechanicznie, od niechcenia…
Mój chłopczyk troskliwie zbiera kamyki – jak mnie to opóźnia, jak spowalnia moje pochody, moje ucieczki, moje bieganiny, wyścigi ze światem… Teraz bawi się piaskiem – no nie, znowu trzeba będzie myć ręce…
Dziękuję Ci Synku za lekcję twórczości, pokory, powolności, zachwytu naturą, radości z tego, co otacza. Uczyć mi się od Ciebie!
Pełna synchronizacja. Zatrzymanie się. Zbieranie kamieni, przesypywanie piasku. Ja się tego uczę od mistrzów, on to ma, naturalnie. Oby nie zaginęło w edukacji, bieganinie, pochodach, ucieczkach, wyścigach…
„Popacz!” – patrzę. I nareszcie WIDZĘ.
2 listopada, 19 rocznica śmierci mojego Taty
Subskrybuj:
Posty (Atom)


